Pokora

 

moriheiDwie sytuacje.

Pierwsza – sportowa. Zamyśliłem sobie, że pobiegnę w tym roku maraton w określonym czasie i z pomocą mojego kolegi biegacza zaaplikowałem solidny trening. 5 razy w tygodniu. Średnio 90 km w tygodniu. Zadowolony i dumny jak paw chodziłem po pierwszych sześciu tygodniach. Dokładałem do pieca przekraczając założenia treningowe. Przecież mogę wszystko! A tu nagle … organizm powiedział: „stary, chcesz nas zabić! Zwolnij, wyluzuj, bo Cię kontuzją potraktuję!” Zagroził poważnie. Mięśnie bez mocy. Głowa podpowiada, że się nie da i nie chce. No i zwolniłem. Jak to się skończy, to jeszcze zobaczymy, ale pokornie zwolniłem.

Druga – zawodowa. Pojawił się w firmie temat rozmów sprzedażowych z klientami. Jak jest temat to działamy! Rewelacja! Posłuchałem, poczytałem, pogadałem i skleciłem propozycję zmiany sposobu rozmowy. Podekscytowany (jakbym co najmniej problem głodu na Świecie rozwiązał) wpadłem między ludzi i zachęcam do wypróbowania nowej opcji, a tu … dupa. Wyszła wielka kicha. Emocje mnie dopadły. Roboty mojej nie szanują! Testu przeprowadzić ochoty nie mają! Odczekałem, odbiegałem. Usiadłem. Zrobiłem ćwiczenie autocoachingowe i … eureka: „Znalazł się Eskimos, który mieszkańcom Konga Belgiskiego wypracował wskazówki zachowywania się w czas wielkich upałów.” Pokornie zwiesiłem głowę i przyznałem się do błędów.

Tak mnie te dwie sytuacje jakoś na ziemię sprowadziły i przypomniały, że w rozwoju najważniejszy jest czas, trening i pokora. Łatwo zostać „miszczem”, znacznie trudniej być w pozycji ucznia. I w innym widzieć Mistrza.

 

Rafał Ignasiak

coach i trener biznesu

Zobacz również...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *